piątek, 15 marca 2019

"Lawendowe nuty" - Róża Musiał


Mówi się, że nie powinno się oceniać książki po okładce. Ja jestem taką sroczką, która robi na przekór zasadom i innym ludziom. Nie zawsze, ale często, kieruję się pierwszym wrażeniem przy wyborze lektury. Tak było i tym razem, okładka mnie zainteresowała. Niestety później okazało się, że tylko okładka...

"Lawendowe nuty" to historia miłosna. On - gwiazda muzyki, Ona - tancerka. Oboje po przejściach, spotkali się przypadkiem podczas leczenia złamanych serc i postanowili je leczyć "klinem" w Lawendowej Chacie. Po 2 latach kolejne przypadkowe spotkanie w dosyć popularnym i znanym obecnie teleturnieju. Od tej chwili stali się nierozłączni.
Dalsza część historii jest typowa dla romansidła i... nudna. Tęsknota, wyjazdy, dzieci, ślub, zdrada i złamane serce... Ona wybaczyła i... ciężko powiedzieć co było dalej (o tym napiszę za moment).

Ciężko opisywać tę książkę, ponieważ akcji praktycznie nie było. Było za to mdło, słodko, przeplatanie znanych utworów muzycznych i generalnie... nijak.
Plus wg mnie, to włączenie wątku choroby mamy artysty. Szkoda, że dopiero pod koniec, ale wniósł on pewną świeżość i życie w całą historię. Zwrócił uwagę na ludzi chorych, na ich poczucie zagubienia, na trud jaki najbliżsi wkładają w opiekę i życie z nimi, szczególnie, jeśli jest to choroba psychiczna.

Wrócę teraz do uwagi, którą umieściłam powyżej - "ciężko powiedzieć co było dalej". Zaczynając czytać, wiedziałam, że jest to wspomnienie mężczyzny, który stracił ukochaną, zyskując jednocześnie kogoś jeszcze... Ale kończąc opowieść zgłupiałam...
Tak w skrócie i najprościej mówiąc... Umarła - okazało się, że żyje - umarła - czytelnik czuje się jak we śnie mężczyzny, który jest pełen wspomnień, a tymczasem okazuje się, że Ona... żyje...
Kot? 7 żyć? Nie wiem co autorka chciała tym osiągnąć, ale... zniechęciło mnie to kompletnie do dalszego poznawania twórczości Pani Róży... Szkoda.

Dziękuję Wydawnictwu Białe Pióro za egzemplarz.

Moja ocena: 3

8 komentarzy:

  1. Romansidła nie są dla mnie i zawsze to powtarzam, a czytając Twoją recenzję utwierdziłam się w przekonaniu, że bardziej bym się na nią denerwowała niż to jest w ogóle warte.

    OdpowiedzUsuń
  2. Stoi u mnie na półce... może czas sięgnąć i się przekonać... :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Brzmi rzeczywiście dziwnie. Za to na zdjęciu prezentujesz cudny, miniaturowy bukiecik. Zazdroszczę :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Szkoda, że książka okazała się tak słaba.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja mam problem z tą książką... bo tak okładka jest przepiękna, pomysł jako całość na historię jest znośny, ale reszta nie ma łądu i składu. Autorka jest mega zdeterminowana, broni debiutu pazurami, a takich książek jak ta - jest wiele. Nie wyróżnia się niczym na ich tle i nic nowego nie wnosi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda... Autorka powinna jednak posłuchać czasem dobrych rad, a nie upierać się przy swoim. Zwłaszcza, że opinii podobnych do naszej, jest wiele ;)

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.